Fot. Absolwenci Szkoły Podoficerskiej Piechoty dla Małoletnich w Nisku – 1939 r.

Początek listopada jest odpowiednim momentem, aby przedstawić zapomnianą i niepublikowaną dotąd historię kaprala Wojska Polskiego Jana Jaworskiego z Kisielowa. To poruszające świadectwo odwagi, niezłomności i miłości do swojej przybranej Ojczyzny. Losy tego młodego żołnierza, absolwenta Szkoły Podoficerskiej Piechoty dla Małoletnich w Nisku nad Sanem, wpisują się w tragiczne dzieje młodych ludzi, którzy w obliczu wojennej zawieruchy nie zawahali się stanąć do walki o wolność Polski. Urodzony w 1920 roku w Studentkach (Czechosłowacja), wychowany przez swoich przybranych rodziców – Jana i Teresę Kołków – już od najmłodszych lat przejawiał zainteresowanie wojskiem i służbą dla kraju.

Jego młodzieńcze marzenia o żołnierskim życiu spełniły się tuż przed wybuchem II wojny światowej, gdy jako kapral został skierowany do jednostki w Przemyślu. Wraz z nadejściem wojny rozpoczął się jednak dramat, który towarzyszył mu aż do śmierci. Aresztowania, ucieczki z niewoli, odwaga i upór w dążeniu do ponownego włączenia się w walkę z okupantem – wszystko to świadczy o niezwykłej sile ducha Jana Jaworskiego.

Jego życie zakończyło się tragicznie w lesie Kamieniec w Ogrodzonej, gdzie w sierpniu 1943 roku został zamordowany przez gestapo. Pogrzebany został na miejscowym starym cmentarzu. Choć próbowano wymazać pamięć o jego ofierze, wspomnienia o nim przetrwały w relacji świadka – Józefa Heczko. Poniższy tekst opisuje niezłomność i upór w walce z okupantem, a także stanowi hołd dla młodego żołnierza, który do końca pozostał wierny Polsce.

Wspomnienia spisane 22 lipca 1986 roku.

Jan Jaworski urodził się w 1920 r., adoptowany syn przez bezdzietną rodzinę Jana i Teresę Kołków, gajowego z Kisielowa. Uczęszczając do szkoły podstawowej wykazywał bardzo wielkie zainteresowanie wojskiem i bronią. Po ukończeniu szkoły uczył się zawodu ślusarza w prywatnym zakładzie – Brewiński - w Cieszynie, lecz po kilku miesiącach porzucił tą naukę i dał się zapisać do Podoficerskiej Szkoły dla Małoletnich w Nisku n/Sanem, do której wyjechał w sierpniu 1936 r. Tu będąc w swoim żywiole, robił bardzo dobre postępy. Szkołę tą ukończył w czerwcu 1939 r. w stopniu kaprala, skąd skierowany został do jednostki wojskowej w Przemyślu.

Wojna zastaje go tutaj, gdzie jako współobrońca Przemyśla dostaje się z pewną częścią jednostki do niewoli niemieckiej. W czasie transportowania go wraz z innymi oddziałami w głąb Rzeszy, udaje mu się zbiec w Czechowicach - Dziedzicach i przychodzi do swojej wioski rodzinnej. Matka radzi mu (ojciec umarł jeszcze przed wybuchem wojny) - aby się nie pokazywał nigdzie w mundurze, że go mogą zamknąć albo wywieźć do obozu i aby sobie poszukał jakiej pracy, lecz on - nie zdając sobie sprawy z bezwzględności okrucieństwa i sadyzmu władz okupacyjnych, nie cieszył się zbyt długo wolnością. Były wójt, wierny sługus hitlerowski H(...) z Kisielowa, sprowadza policję, która odwozi go skutego w kajdany do obozu jeńców wojennych w Stallagu. Będąc w niewoli, cały czas żył sprawą ponownej ucieczki i włączenia się do jakiejkolwiek czynnej walki z okupantem. Sprawa ta udaje mu się w rok po wybuchu wojny.

Przychodzi powtórnie do domu rodzinnego, lecz się już nikomu nie pokazuje i robi przygotowania do przedostania się przez Słowację i Węgry do Francji. Niemieckie władze wojskowe, skoro wykryły jego zniknięcie, dały znać do miejscowej policji, która znów w towarzystwie ówczesnego wójta H(...), otacza jego dom, przekonana, że Jaworski tu musi być, przeprowadza ścisłą rewizję. Policja znajduje jego cały ekwipunek przygotowany do drogi grozi podpaleniem wszystkich zabudowań, jeżeli natychmiast nie wyjdzie z ukrycia.

Nie było innego wyjścia, Jaworski znów dostaje się w ręce policji. Ponieważ był to wrzesień i nadchodził wieczór, część policji a dokładniej 8-miu policjantów odjechało samochodem, jego zaś pozostawili w asyście trzech żandarmów wyposażonych tylko w rowery, którzy mieli go odprowadzić do Cieszyna. Przebyć piechotą odcinek 15 km wydawało się żandarmom za zbyt uciążliwe, przeto wypożyczyli od wójta H(...) rower dla Jaworskiego, aby szybciej być na miejscu. Biorąc go między siebie jechali z Kisielowa, przez Goleszów do Cieszyna. Nie wzbudzając żadnych podejrzeń policji, jechał bardzo spokojnie, lecz myśl o ucieczce nie opuszczała go wcale. Nie miał jednak najmniejszej ochoty dostać się ponownie do niewoli, aby trudy ucieczki z niewoli ponownie pogrzebać. Było już całkiem ciemno, kiedy dojechali do Mnisztwa przed Cieszynem. Droga prowadziła stromo z pagórka w dół, gdzie płynie rzeka Bobrówka i tu zobaczył Jaworski najodpowiedniejsze miejsce do ucieczki. Teraz albo nigdy pomyślał - zwiększył szybkość co również uczynili i policjanci po czym natychmiast skręcił w bok wpadł w pełnym pędzie z rowerem do rowu, został z niego wyrzucony w pole, wyskoczył na nogi i pod osłoną nocy pognał przed siebie, prosto do rzeki. Za nim policjanci zatrzymali rozpędzone rowery i zaczęli strzelać, Jaworski był już daleko. Wodą w Bobrówce uciekł byle dalej aż dopadł wysokiej wyrwy pod brzegiem. Siedząc po szyję zanurzony w wodzie przeczekał, aż policjanci nie mając żadnych świateł, po długim czasie i bezowocnych poszukiwaniach i przekleństwach bez zbiega udali się do Cieszyna. Przemoczony, zziębnięty, nad ranem dotarł do mojego domu rodzinnego, gdzie, w naprędce zrobionej kryjówce przesiedział kilkanaście dni. Ne jego prośbę dopomogłem mu wyprawieniu go do planowanego od dawna przedostania się przez Słowację i Węgry do Francji.

Zaopatrzony w odzież i żywność ruszył w ostatnich dniach września w drogę. Przeszedł przez góry, całą Słowację, lecz przy przechodzeniu przez pas graniczny między Słowacją a Węgrami został złapmy przez Słowacką straż graniczną i oddany władzom hitlerowskim. Jaworski znajduje się znów za drutami obozu jenieckiego, lecz z wymalowanymi na mundurze czerwonymi trójkątami jako ten na którego należy zwrócić baczną uwagę, gdyż próbował ucieczki z niewoli. Dotychczasowe niepowodzenia w ucieczkach z niewoli nie odwiodły go od dalszych prób wydostania się na wolność, raczej go zahartowały i zapaliły w nim chęć rewanżu za te niepowodzenia i znęcanie się nad nim. W rok później jesienią 1941 r., próbuje wydostać się przez druty za teren obozu, częściowo mu się to udaje, lecz zauważony w ucieczce przez strażnika obozowego, który strzela do niego zostaje ranny w pierś. Z postrzeloną prawą częścią płuc zostaje ulokowany w szpitalu obozowym, skąd po wyleczeniu zostaje - dodatkowo oznakowany trójkątami i osadzony ponownie za drutami, ale tym razem w izolatce tj. w części obozu podwójnie ogrodzonym drutami. Doświadczony i nie zniechęcony dotychczasowymi niepowodzeniami, obmyśliwał dalsze plany ucieczki.

Szaleńczą można powiedzieć - próbą wydostania się na wolność podejmuje po raz piąty. W jakich okolicznościach i jakim sposobem udaje mu się wydostać z obozu jenieckiego nie jest mi w ogóle wiadome, jednak o powodzeniu całego przedsięwzięcia świadczy fakt, że zjawił się znów w domu rodzinnym. Tam dowiedział się o mnie, że jestem ścigany przez władze okupacyjne, kontaktuje się z moją siostrą, która wyjawia mu, że jestem już w zorganizowanym oddziale partyzanckim. Prosi ją, aby dopomogła mu dostać się do naszej grupy. Zanim siostra poprzez łańcuch różnych osób skontaktowała się ze mną, upłynęło kilka dni. Jaworski zniecierpliwiony wyczekiwaniem na przedostanie się do oddziału partyzanckiego na własną rękę postanawia ryzykowną próbę odszukania partyzantów górskich w lasach Brennej. Tym razem prześladował go znów pech, że napotkał gestapowca w przebraniu drwala, który bardzo sprytnie, ale podstępnie zaoferował mu odprowadzenie go do partyzantów. Gestapowiec wyznaczył mu miejsce spotkania na rynku w Skoczowie, że jest to miejsce najmniej podpadające, ale prosił go, aby jeszcze ze sobą przyprowadził kilku kolegów. Jaworski na to spotkanie z rzekomym łącznikiem partyzanckim, poszedł sam, ponieważ nikt z jego znajomych nie zaryzykował takiej drogi. W wyznaczonym miejscu gestapowiec proponuje Jaworskiemu podejście do samochodu, który stał rzekomo w ulicy za ratuszem. Przechodząc koło wejścia do ratusza, ubrani po cywilnemu gestapowcy skoczyli na niego, obezwładnili, skuli w kajdany i odwieźli samochodem, ale wprost na gestapo do Cieszyna. Na gestapo po przesłuchaniach, w kilka dni zapadła krótka, jednakże straszna dla niego decyzja: Zlikwidować!

Oprawcy wsiedli do samochodu i szyderczo oświadczyli: „Jedziesz do partyzantów”. Dojechano z nim do lasu w Ogrodzonej, zdjęto mu z rąk kajdany i oświadczono: uciekaj do partyzantów. W tej chwili rozległy się strzały i ugodzony kulą w tył głowy, zginął na miejscu. Miejscowemu grabarzowi polecono go pogrzebać i ten zidentyfikował go, dając znać matce. Na potwierdzenie tego, matka dostała po kilku miesiącach zawiadomienie z Niemieckiego Czerwonego Krzyża z Berlina, że Jaworski Jan zginął podczas próby ucieczki, ale gdzie i dokąd, to wszystko przemilczano.

W każdym razie zginął Polak, oddany bezgranicznie Ojczyźnie.

Powyższe wydarzenia i wspomnienia opracował i opisał Józef Heczko.

W Księdze Zmarłych w Ogrodzonej rok 1944 str. 36/5 Tom III odnotowano: (notatka zrobiona w języku niemieckim) Jaworski Jan, 1943, 13.08 zmarł i pogrzebany w Ogrodzonej. Według przedstawionej 8.07.1944 r. proboszczowi metryki Jaworski Jan polski kapral ur. 30.12.1920 r. w Studentkach - Czechosłowacja został w Ogrodzonej rozstrzelany. Pochowany: Ogrodzona stary cmentarz, przyczyna zgonu: Rozstrzelany.

 

Skan oryginału – sygnatura CAO.2.00.1.001
Cyfrowe Archiwum Ogrodzonej.
Przygotował: B.C.